Pomorze algierskie cz. 36

Na jednem wzgórzu widzisz, nieopodal drogi, jakiś szczątek muru i jakby portyk. Szukasz choćby ścieżki, nie znajdujesz. Schodzisz na dół wśród zarośli i głazów. Co krok spotykasz szczątki skorup, kamieni, cegieł; widocznie było tu kiedyś rozległe ludzkie siedlisko. Dawno ? Szukasz odpowiedzi w murach, które przed tobą sterczą. Szczątki portyku o marmurze pokaleczonym, zwietrzałym, nagim jak szkielet. Obok, wśród trawy świeci kawałek kolumny, popękanej, obdartej; znów o parę kroków wystaje z pod ziemi piękny, nieźle zachowany kapitel i leży podeptana w pyle tablica z na wpół zatartym napisem: Vicioriae conjugi… dulcissimae. Krążysz po grobowcach. Półtora tysiąca lat rozsypywało je w gruzy. To już tylko historia!

Znacznie niżej stoi, w pełnym blasku słońca, biały, jakby z marmuru wyciosany sześcian. Ni dachu, ni okna we wspaniałym gmachu. Obchodzisz go w około i stajesz przed olbrzymim portykiem. Wchodzisz. Na podwórzu, na którym kiedyś pomarańcze ocieniały fontannę haremu, trzoda ryje rogiem i racicą ziemię. W izbach ozdobionych stiukiem i mozaiką, znajdujesz spichlerz, stajnie, w jednej brudnej i okopconej siedzi nawo przybyły kolonista, który tu dziś panem. To rzeczywista ruina!