Pomorze algierskie cz. 38

Skały już ścieśniają się tak, że dołem ledwo wąż strumienia może się między niemi przecisnąć a górą bluszcz pnie się po drzewach i w festonach przechodzi na drugą stronę, już rozszerzają się i kąpią swą zieloność w pełnym świetle. Idziesz tak godzinami wśród nieskończonej powodzi zieloności, źródeł i kaskad. Wreszcie droga, która ciągle się skręca i podnosi, nagle otwiera się na szeroką dolinę. Jej środkiem, wśród spiekłego rżyska, wije się szara smuga wyschniętej rzeki, między jej zakrętami duary, koła z arabskich czarnych namiotów. Łańcuch gór zamyka widok.

Rzeźba gór Atlasu jest tępa. Ich wierzchołki są zaokrąglone, prawic nigdzie poszarpanych turni czy skalistych złomów, nigdzie latem śniegu lub lodowca, nigdzie zimnej mgły lub lawiny. Robi to wrażenie, jakby praca wieków już skończyła swoje zadanie, jakby stoczyła turnie w przepaść i w proch je rozsypała, jakby wygładziła wszystkie nierówności powierzchni. Wrażenie jest prawdziwe.

Z daleka, choć są wielkie i majestatyczne, nie są posępne i przygniatające, jak nasze Alpy.