Pomorze algierskie cz. 40

Na prawo szeroka, nieskończenie w głąb się ciągnąca płowa dolina Szelfu, jej środkiem wije się błękitna woda rzeki, na jej podłużnym kraju łańcuch sinych gór, u jego stóp białe miasteczka wśród oaz zieloności. Pod stopami przepaść niezmierna, przerżnięta głębokimi parowami, poniżej kępy drzew, stada owiec i czarne namioty Arabów. Przed nami morze, czy raczej ocean fal skamieniałych. Od stóp przepaści wzgórek za wzgórkiem coraz wyższy i tak coraz dalej i dalej, setki i tysiące coraz wyższych i smuklejszych. Jedne stoją odosobnione, inne skupiają się w podłużne szeregi, które kilkoma łańcuchami dążą ku środkowi i unoszą na swych podstawach olbrzymią piramidę, niby skamieniały cyklon. Ta góruje nad drobniejszymi falami, jak Łomnica obok kopca Kościuszki. Obok niej dwa jeszcze znacznie niższe szczyty, zbliżone do niej i ręką chyba Zeusa odrąbane od podstaw. Wszystkie jakby wykute ze starego, tu i owdzie pożółkłego i porosłego mchem odwiecznym marmuru. Ten górujący szczyt, to Beni-Szugran, czyli »nic wyższego.« Francuzi nazywają go »okiem świata,« bo widzisz stąd nieskończone przestrzenie.