Pomorze algierskie cz. 44

Płowe niwy jego Tellu uginają się pod łanami zboża, zielone pagórki pokrywają urodzajne winnice; jego step porasta żyznym pastwiskiem, a z piasku pustyni wybiega zielono-włosa palma z dorodnym gronem daktyla.

Szafirowe morze lśni się tęczowym blaskiem u stóp malowniczych wybrzeży; jego wody muskają lubieżnie brzegi i pienią się namiętnie koło białych miast, piętrzących się na wzgórkach.

Pod głębokim sklepieniem błękitnego nieba, podnoszą się od rąbka morza nieskończone promienie pagórków, piętrzą się w łańcuchy gór i rosną zbieżną falą w niebotyczne szczyty. Ich wyniosłe czoła bieli śnieżna zima, na barkach porasta ciemny bór, stojący w krasie wiosny, na łonie czarny las stroi się szatą lata, a u ich stóp płowo opylone doliny malują się jesienią; po nich wije się wąż strumienia. Wszystko to kąpie się w miedzianem słońcu. Jego blask pada na fiolet góry, na rude wzgórze z ciemno-zieloną roślinnością, na gaj oliwny z popielato-srebrzystym listowiem, na biała wstęgę drogi wijącej się wśród kaktusów, na litą skałę, z której domostwo zdaje się być wykute, powleka je swą złotą przędzą i stapia wszystkie te barwy w złoto-płowy ton główny.