Pomorze algierskie cz. 45

Od morza wieje ciepły i wilgotny wietrzyk, jak lotny zefir muska szczyty gór, zostawia na nich jasne chmurki, zlatuje do doliny, spowija powietrze tumanem przejrzystej opony, kołysze zielono-włosą palmę, przesuwa się koło nieruchomego cyprysu, zatrzymuje się na żylastym drzewie, o lśniącym ciemnem listowiu i orzeźwia cała przyrodę.

Od południa biegnie przejrzyste tchnienie pustyni, przelatuje po spieczonej ziemi, rozjaśnia w około widnokrąg i ucisza całą naturę. Wszystko rysuje się wyraźnie na widnokręgu, każdy szczegół krajobrazu przedstawia się nieruchomo, jakby zdrętwiały od żaru, a całość występuje jak wykończona rzeźba. W powietrzu ni gwaru ni dźwięku. Wszystko w przyrodzie śpi uprażone rażącym okiem nieba, wśród balsamicznej woni roślin, jakby upojone haszyszem. Tylko orzeł przesuwa się w eterach bez szmeru, wyzywając słońce swym wzrokiem. Tylko kryształowa kaskada spływa cicho po delikatnych paprociach i do spoczynku zaprasza. Jesteś sam. Nurzasz się i wzbijasz w myślach nad myślami, igrasz z niemi jak z falami… Słuchasz, rychło ozwie się Pan, bóg przyrody — na próżno… U twych nóg, z ziemi, płaskorzeźbą wygląda twarz boga… jego świat w ruinie. Tylko z dalekiego minaretu dochodzi cię głos posępny, stłumiony, jakby z zamierającej piersi, głos wyznawcy islamu: »Bóg jest wielki.”